7 rzeczy, których nie wiecie o facetach – nareszcie całkiem udana polska komedia romantyczna

7_rzeczy-plakat_170   Już dość dawno obliczyliśmy, że wychodzenie w czwórkę do kina zdecydowanie przekracza możliwości naszego domowego budżetu. Dużo taniej jest chwilę poczekać i… kupić film na DVD. Dlatego zawsze z niecierpliwością czekamy na filmy, które chcieliśmy zobaczyć, a nie byliśmy na nich w kinie. Na szczęście w dzisiejszych czasach czas oczekiwania jest coraz bardziej krótki. A do kina chodzimy od przypadku do przypadku i na filmy, które wymagają wielkiego ekranu.

   Od paru miesięcy w drodze do i z pracy towarzyszyły mi plakaty nowej polskiej komedii romantycznej, zatytułowanej „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach”. Film całkiem niedawno gościł na ekranach kin, a chyba 2 tygodnie temu już został załączony do jednego z kolorowych magazynów. Zrażony licznymi koszmarnymi komediami polskiej produkcji, z założenia nie miałem zamiaru pójść na ten tytuł. I pewnie nie kupiłbym filmu w magazynie. Na szczęście „letnia” pogoda zachęciła do nabycia filmu moją własną małżonkę, która raczej nie przepada za tego typu filmami. Ale lato ma swoje wymagania!

   Zatem wszyscy zasiedliśmy jednego wieczoru przed telewizorem pochłaniając masę niezdrowych potraw i czekając na to, komu pierwszemu wyrwie się jakaś złośliwość. Ale film tak szybko się rozwijał, tak sprawnie jest zrobiony, że… wszyscy obejrzeliśmy go z radością, bez żadnych złośliwych uwag. Oczywiście tego rodzaju komedia kieruje się określonymi prawami, dlatego jeszcze przed włączeniem płyty trzeba owe prawa zaakceptować. I na luzie, bez nadmiernych oczekiwań bawić się dialogami, przerysowanymi postaciami i nie do końca rzeczywistymi sytuacjami.

   Poza dobrym scenariuszem, na uwagę zasługuje obsada, dobrana zaiste znakomicie. Na ekranie pojawiła się śmietanka polskich aktorów (i nie tylko aktorów) komediowych, zarówno w rolach głównych, jak i epizodycznych. O aktorkach już wolę nie wspominać, bo zachwycają tak grą aktorską, jak i urodą.

   Fabuła dotyczy oczywiście relacji damsko-męskich. Śledzimy zmagania kilku młodych par, które przeżywają właśnie różnego rodzaju problemy w swoich związkach. Zacznę od postaci, która mnie poruszyła najbardziej, albowiem historia chłopka w pewien sposób przypomina… moją własną. Bezrobotny trzydziestolatek – humanista Filip (w tej roli znakomity Paweł Domagała, który dla mnie już na zawsze zostanie liderem Exterminatora!), wrażliwy, z masą ideałów i nie do końca dogranym biznes-planem dowiaduje się, że zostanie ojcem. Najpierw reaguje strachem, później za wszelka cenę stara się udowodnić Zosi (w tej roli niezwykle delikatna Aleksandra Hamkało), że zrobi wszystko, aby ich związek przetrwał i że okaże się dobrym ojcem córeczki.

   Stary znajomy Filipa – Tomasz (Mikołaj Roznerski) to ty człowieka, który najczęściej gości w filmach i kolorowych gazetach – młody, zdolny i bogaty, pracownik agencji reklamowej. Tomasz przygotowuje się właśnie do ślubu z Basią (Alicja Bachleda-Curuś), zastanawiając się jednocześnie, czy jest gotów na małżeństwo z jego zaletami, ale też wadami (w tym m.in. maseczki na twarzy, niedbały ubiór, chrapanie przyszłej małżonki). Ulega zatem urokowi ślicznej Monice (Joanna Opozda), spędza z nią noc. Budzi go… chrapanie panny, w łazience jego wzrok pada na rozmemłany dres. Chłopak w tym momencie rozumie, że świat jest taki, jaki jest. Inaczej wyglądamy poza domem, inaczej w domu. A kocha się określoną osobę ze względu na nią samą, a nie za jej wygląd. Dlatego postanawia odzyskać swoją Basię.

   Kolejnym młodym zdolnym jest Kordian – producent muzyczny, który chciałby zrobić coś swojego, a zmuszony jest zarabiać na robieniu… delikatnie mówiąc marnej jakości produkcji. Jedną z nich jest płyta „prawdziwego Polaka” Ricky’ego (o nim za chwilę) oraz absolutnie pozbawionej talentu muzycznego Angeliki (Barbara Kurdej-Szatan), która – jak wiele współczesnych „gwiazd” – ma duże szanse na zrobienie kariery. Kordian żyje między pracą a balangowaniem, otoczony wianuszkiem młodych, pięknych, „łatwych” kobiet tęskni do swojej starej, prawdziwej miłości Dominiki, która prowadzi schronisko w Tatrach.

   Wreszcie czas na specyficzny trójkąt. Julia (Dominika Kluźniak) pracuje w sklepie zoologicznym i samotnie wychowuje syna. Próbuje też uzyskać od męża Stefana (Leszek Lichota) rozwód. Kobieta boi się o syna i o siebie, albowiem jej mąż po powrocie z misji w Afganistanie przeżywa problemy psychiczne, nie panuje nad nerwami, nad agresją. Pod skorupą twardziela skrywa przywiązanie do Julii i syna oraz bezgraniczną miłość do ojca (Marian Opania). Jego małżonka „wpada w oko” nieśmiałemu, ciapowatemu inspektorowi Sanepidu Jarosławowi (Piotr Głowacki). Wrażliwy, delikatny, uczuciowy człowieczek, który chciałby w końcu poczuć się mężczyzną, mieć swoją kobietę, którą mógłby się pochwalić mięśniakom w saunie.

   Poza Jarosławem, najbardziej przerysowaną, najśmieszniejszą postacią jest Ricky Poprawa, „wielki” artysta, który wrócił właśnie z emigracji, nagrywa płytę z koszmarnymi, ale nafaszerowanymi patriotyzmem piosenkami robiąc wielką karierę w swoim kraju ojczystym. To jedna z kolejnych życiowych ról Zbigniewa Zamachowskiego.

   Jak wspomniałem, w epizodycznych rolach pojawiają się jeszcze inni aktorzy, którzy poszerzają wachlarz postaw, zawodów, męskich cech. Zobaczymy zatem m.in. Piotra polka, Roberta Górskiego, Marcina Perchucia, czy Krzysztofa Stelmaszczyka.

   Dostajemy zatem cała plejadę męskich postaw, charakterów, osobowości. Każdy ma swoje wady i swoje zalety, każdego możemy podziwiać, z każdego możemy się pośmiać. Tak, jak w życiu.

7 rzeczy, których nie wiecie o facetach, reż. Kinga Lewińska, Polska, 2016

Seksualne podboje radzieckich bohaterów – „Męskie rozmowy w rosyjskiej łaźni” E.Seveli

sevela-meskie_200x287   Czytałem tę książkę przed laty, ale gdy zobaczyłem ją na półce, postanowiłem ją sobie przypomnieć, bo jest wszak nie tylko wyjątkowym paszkwilem na radziecki system, ale też zawiera taką masę opisów seksualnych wyczynów radzieckich mężów, że na wakacje jest lekturą znakomitą. Z racji wspomnianych opisów różnych seksualnych przygód jej bohaterów, do książki przylgnęło określenie „radzieckego dekameronu”. Cóż, myślę że Boccaccio wcale nie poczułby się zawiedziony.

   Do zamkniętego ośrodka, przeznaczonego dla wyższej kategorii działaczy partyjnych, przybywa trójka starych znajomych – Astachow, Łunin i Zujew. Nie widzieli się od wielu lat, wszyscy są bohaterami walk zarówno z faszystami, jak i późniejszej walki o nowego, wspaniałego socjalistycznego człowieka.  Panowie postanawiają spędzić wolny czas na odpoczynku, siedzeniu w saunie, popijaniu alkoholu i rozmowach. A tematem rozmów – poza w sumie dość licznymi wtrętami dotyczącymi radzieckiego państwa – dotyczą seksualnych podbojów ich samych lub ich znajomych.

   Otrzymujemy zatem cudne opisy seksualnego wyżywania się człowieka socjalistycznego. A trzeba przyznać, że – tak przynajmniej wynika z treści – panowie brali prawie wszystko co się rusza, w każdych warunkach, przy każdej nadażającej się okazji. Oj, tylko pozazdrościć jurności, możliwości, okazji. Uczestniczymy zatem w ich walkach o zdobycie kobiety, w zdobyciu kobiety i sposobach pozbycia się jej. Uczestniczymy w seksualnych orgiach. Kibicujemy mężnym radzieckim mężczyznom. I tylko z każdym kolejnym razem, zamiast oczekiwanego podniecenia, zaczyna nas coś świeżbić, zaczynamy czuć, że coś jest nie tak, że zamiast zadowolenia, zamiast uśmiechu, na twarzy pojawia się grymas zakłopotania, nerwowości, wreszcie złości.

   Bo Sevela nie patyczkuje się, ostro przedstawia absolutne zezwierzęcenie socjalistycznego człowieka. Dobrze „umocowani” działacze partyjni, bez względu na szczebel, na którym akurat się znajdowali, nie broniąc się przed szermowaniem hasłami, najzwyczajniej w świecie wykorzystywali kobiety, które czasem ulegały magii „działacza”, magii „bohatera”, częściej jednak biernie poddawały się bezwzględnym mężczyznom. Bo byli bezwględni pod każdym względem. Za nic mieli uczucia, wrażliwość, ludzkość owych kobiet. Brali i korzystali, jak by były zabawkami, które można użyć do zabawy i w każdej chwili porzucić.

   Autor pisze o podbojach seksualnych, ale ten sam schemat można przecież zastosować do każdej innej działalności owych „specjalnych”, „wyjątkowych” ludzi, którzy nieśli dobrobyt zarówno Rosjanom, jak i wielu innyn narodom.

   Czyta się zatem tę książkę z uśmiechem (bo trzeba przyznać, że kilka opowiadań jest naprawdę śmiesznych), a jednocześnie z przerażeniem, że ówczesny (a obecny jest wszak taki sam) „Wielki brat” wciskał się wszędzie, nawet do alkowy. Bo nic dla niego nie ma znaczenia, bo etyka, moralność, szacunek, miłość i seks to przecież tylko słowa. Podobnie, jak demokracja, wolność, równość, bratestwo. Pod nimi kryje się zwykły, zwierzęcy człowiek, dla którego najważniejsze jest dobro jego własnego ciała, najeść się, napić i pod…ć. I to jest prawdziwe życie, a nie wypowiadane przez idealistów dyrdymały.

   A Efraim Sevela dobrze wiedział o czym i o kim pisze. Urodził się w 1928 roku, w żydowskiej rodzinie w białoruskim Bobrujsku, miał zatem szansę zobaczyć dzieło rewolucji od czasów, kiedy z założenia zdegenerowana  bolszewicka ideologia jeszcze bardziej się degenerowała, kiedy idee coraz bardziej sięgały bruku, kiedy wiara, że nowy ład da szansę na godniejsze życie bezgranicznie wykorzystywanym chłopom i robotnikom, zaczęła zanikać. A mimo to system trwał w najlepsze. Między innymi dzięki takim ludziom, jak bohaterowie jego książki. Sevela napisał dwie powieści, kilka opowiadań (poza opisywanymi „Rozmowami”, w Polsce wydano na pewno jeszcze książkę  „Monia Cackes”, bo mam tę książkę i postaram się ją znów przeczytać), oraz był autorem licznych scenariuszy.

Efraim Sevela – Męskie rozmowy w rosyjskiej łaźni, tłum. Maria Kotowska, Czytelnik, Warszawa, 1993

Recenzja albumu The Legion Ghost – …Two For Eternity

the_legion_ghost-two_250THE LEGION: GHOST – …Two For Eternity (2016 Noizgate Records)

01. My Privacy.com
02. Cries In Vain
03. The End Of Tides
04. Third World Insurance
05. Carry The Cross
06. Unwelcome
07. Ghost
08. Oblivion
09. Black Rain
10. One For The Pain…
11. The Atomos
12. Ruins
13. Nemesis

 

Skład:
Kevin Kearns (wokal)
Andreas Leifeld (gitara)
Uli Werner (gitara)
Markus Ganzmann (bas)
Ben Overmann (perkusja)

 

   Noizgate Records regularnie wydobywa z niebytu grupy, które włącza do swojej muzycznej rodziny. Najnowszym dzieckiem wytwórni jest niemiecki band metal core’owy The Legion: Ghost. Niemiecki wydawca ewidentnie lubi taką muzykę, bo to nie pierwszy już zespół uprawiający podobny gatunek muzyki, który trafił pod jego skrzydła.

   Grupę powołali do życia młodzi ludzie z Akwizgranu (Aachen) w 2015 roku. Zatem nie mają za sobą zbyt wiele doświadczeń, ale wnosząc z zawartej na ich debiutanckim krążku muzyki, dobrze wiedzą, jak się robi nowoczesną, dobrą core/metalową muzykę. Zresztą mają się od kogo uczyć, albowiem w samych Niemczech takiej muzyki wszak nie brakuje. Z jednej zatem strony można podziwiać umiejętności członków grupy, z drugiej trudno im zazdrościć wyboru muzycznej drogi, bo konkurencja wszak czuwa.

   Jak wspomniałem wyżej, muzyka The Legion: Ghost jest na wskroś nowoczesna, skierowana do współczesnego, raczej młodego odbiorcy. Znakomicie zrealizowana, ostro brzmiąca, z niezwykle czytelnymi partiami wszystkich instrumentów. Z mocną sekcją, „piszczącymi” gitarami i obdarzonym niezwykłymi umiejętnościami i możliwościami wokalnymi Kevinem. Facet wrzeszczy i skrzeczy, potrafi polecieć growlem i czysto zaśpiewać. Spokojnie mógłby śpiewać w różnych gatunkach metalu.

   Wspomniałem o młodym wieku, ale naprawdę z muzyki zespołu tego bynajmniej nie widać. Panowie ostro popracowali nad utworami, nie ogrywają jakichś banalnych schematów, ale próbują ostre, metalowo-core’owe riffy ozdabiać zmianami rytmu, dynamiki, ciekawymi partiami różnych instrumentów. Dużo się dzieje w każdym utworze.

   Na dużą uwagę zasługują też teksty, które w prosty, niezwykle czytelny sposób opisują kondycję człowieka początków XXI wieku. Przyznaję, jestem wręcz zaskoczony ich dojrzałością, wnikliwością, znakomitym przełożeniem myśli na słowa. Chociaż to nie poważna literatura, to jednak warto się w nie wczytać, warto nad nimi pomyśleć.

   A przy okazji posłuchać świeżej, mocnej, współczesnej muzyki, która starszych zapewne na kolana nie rzuci, ale spodobać się może. Bo nie jest banalna, bo widać, że muzycy włożyli w jej stworzenie bardzo dużo czasu, bardzo dużo wysiłku. Dopieścili ją, jak na niemiecki zespół przystało, ale na szczęście nie stracili nic z energii, z młodzieńczości.

   „…Two For Eternity” to zatem dobry, energetyczny album nie tylko z nowoczesną muzyką, ale też z przesłaniem. Zachęcam do posłuchania.

Debiutancki krążek Hollie Stephenson

hollie_stephenson-hollie_250Hollie STEPHENSON – Hollie Stephenson (2016 Membran)

01. Pointless Rebellion
02. Broken Heart Strings
03. Dried Out Lies
04. Leave Her Be
05. Lovers Game
06. Revelation
07. Old Friend
08. Confession
09. Man Of Few Words
10. My Own Tears
11. Sunday Morning

 

Skład:
Hollie Stephenson (wokal)
różne składy

   W dzisiejszych czasach promuje się głównie młodość. W dzisiejszych czasach, dzięki nowoczesnej technologii, można zrobić artystę z każdego. W dzisiejszych czasach jeszcze – nieliczne już – autorytety mogą pomóc młodym w dotarciu do szerszego grona odbiorców. W dzisiejszych czasach – na szczęście – pojawiają się też niesamowici artyści, którzy dzięki swojemu wyjątkowemu talentowi, ale też wsparciu wspomnianych wyżej autorytetów, potrafią wybić się ponad przeciętność, zachwycić swoją muzyką, poruszyć serca i umysły.

   Przedstawicielką takiej złotej młodzieży, której talent został odkryty i wypromowany przez autorytet (w tej roli wystąpił Dave Stewart, przez lata podpora duetu Eurythmics) jest jeszcze nastoletnia Hollie Stephenson. Nie jest pierwszą, ani zapewne ostatnią nastolatką, do której uśmiechnęło się szczęście, która dostała szansę pokazania się całemu światu dzięki debiutanckiej, znakomicie przygotowanej płycie.

   Zaraz po wydaniu krążka Hollie została nazwana „nową Amy”, namaszczono ją na następczynię niepowtarzalnej pani Winehouse. Bo rzeczywiście Hollie przypomina nieżyjącą już niestety artystkę barwą głosu, manierą, wreszcie śpiewanymi utworami. Może to zatem być mocny akcent, który pomoże młodej artystce piąć się po szczeblach kariery, może to być przekleństwo, łatka, która przylgnie do niej na zawsze, nie pozwoli na dalszy rozwój. Bo przecież zawsze będzie tą drugą, tą naśladującą. 

   Ja mam nadzieję, że Hollie dalej będzie miała szczęście, że jej kariera rozwijać się będzie według pierwszego scenariusza. A powodem mojej nadziei jest wspominany, debiutancki krążek artystki, który towarzyszy mi od pewnego czasu niemal codziennie, a ściśle mówiąc prawie każdego wieczoru. Bo zawarta na nim muzyka, oscylująca wobec soulu, bluesa, łagodniejszego jazzu jest czymś, co zwłaszcza wieczorem sprawdza się znakomicie. Przygaszone światło, lampka wina, ciepły wiatr wiejący z balkonu i muzyka Hollie. Człowiek naprawdę odpoczywa, zapomina o złych emocjach, a daje się ponieść marzeniom.

   Na albumie znalazło się jedenaście utworów o różnej dynamice i różnych tempach: są tu bowiem i szybkie numery, jak „Pointless Rebellion”, czy „Man Of Few Words”, utrzymane w średnim tempie piosenki, jak np. „Dried Out Lies”, „Revelation”, wreszcie delikatne, wolne, swingująco-blusowe, przeurocze utwory, jak „Sunday Morning”, czy „Lovers Game”. Każdy numer to swoista perełka aranżacyjna, każdy obdarzony jest niesamowitym klimatem, licznymi ozdobnikami, wpadającą w ucho i pozostającą w nim na długo melodią.

   A Hollie śpiewa, jak gdyby miała za sobą wiele lat praktyki. Ma niesamowity głos, niesamowite możliwości i korzysta z nich w pełni. Potrafi być mocna i zdecydowana, potrafi uwieść i porzucić, potrafi przytulić, ukołysać w tańcu. Teksty Hollie dotyczą głównie stosunków damsko-męskich, rodzącej się miłości, zrywania i powrotów, ale też życiowych problemów młodych ludzi, jak przyjaźń, jak „bezcelowy bunt”, jak inne postrzeganie świata, jak poszukiwanie swojego stylu życia. Niektóre teksty są takie jeszcze trochę naiwne, „młode”, jak młoda jest ich autorka, ale między nimi pojawiają się słowa, które wskazują, że Hollie twardo stąpa po ziemi, dobrze wie, jak zbudowany jest ten świat. 

   Polecam tę płytę ze wszech miar. Nie ma sensu porównywać Hollie do Amy, ani do żadnej innej artystki, należy po prostu włączyć płytę i cieszyć się zawartą na niej muzyką.

   Korzystając z okazji, gorąco dziękuję firmie Fonografika za udostępnienie albumu!

Muzyka 21 – numer 08.2016

muzyka21-08_2016_170   Wydawało mi się, że dopiero pisałem o lipcowym numerze magazynu Muzyka21, a już sierpniowy grzecznie czekał na przeczytanie i prezentację na naszej stronie. 

   Pomijając oczywiście relacje z koncertów, którymi zawsze zaczyna się ten magazyn, jego sierpniową edycję rozpoczyna wspomnienie o zmarłym pod koniec 2015 roku Jerzym Katlewiczu, jednym z najbardziej znanych polskich dyrygentów. Autor wspomnienia, pan Lesław Czapliński przypomina wyjątkową drogę twórczą tego wyjątkowego muzyka. Później możemy przeczytać krótką informację o wenezuelskim trębaczu Pacho Floresie i jego licznej kolekcji trąbek wykorzystywanych w nagraniach oraz o charyzmatycznym, unikającym nagrań studyjnych rosyjskim pianiście Grigoriju Sokołowie.

   Kolejny artykuł poświęcony jest Akademie für Alte Music Berlin (Akamus), czyli orkiestrze, która „lawiruje na granicy wykonań, które można określić mianem reinterpretacji muzyki dawnej, czy przetworzeniem jej przez postromantyczne tendencje, a rekonstrukcją(…), opierającą się na naukowych dowodach dotyczących praktyki wykonawczej minionych epok.” 
Ostatni artykuł w tym numerze dotyczy wpływu dramatów Szekspira (w tym wypadku Makbeta) na twórczość Verdiego. A trzeba przypomnieć, że aż trzy utwory Szekspira posłużyły za podstawę oper włoskiego mistrza: Makbeta, Otella i Falstaffa.

   Jedyny wywiad, jaki znalazł się w tej edycji magazynu przeprowadził pan Arkadiusz Jędrasik ze skrzypkiem Pawłem Wajrakiem, który opowiada głównie o swoim nowym albumie z muzyką Augusta Duranowskiego. Wydawcą krążka jest firma Acte Préalable.

   W Legendach polskiej wokalistyki, pan Adam Czopek przybliża postać Barbary Miszel-Giardini, zaś w cyklu „Maestro Donizetti i jego opery” ten sam autor pisze o kolejnym słynnym dziele mistrza „Annie Bolenie”.

   I pora wrócić do działu „Reflektorem po scenach i estradach”. Tym razem możemy przeczytać o wersji koncertowej „Cosi fan tutti” w Filharmonii Krakowskiej, o krakowskim koncercie z okazji dziewięćdziesiątych urodzin Juliusza Łuciuka, o kolejnej edycji Letniego Festiwalu im. J.Waldorffa w Radziejowicach, Festiwalu Muzycznym w Łańcucie, przedstawieniu „Tannhäusera” w Krakowie, „Żydówki” w Monachium, ”Łucji z Lammermoor” w Londynie oraz o koncercie Elżbiety Wiedner-Zając w Wiedniu. 

   A na zakończenie 24 recenzje płyt, jedna recenzja książki i krzyżówka.

Muzyka 21, numer 8/ 2016

Muzyka 21 – numer 07.2016

muzyka21-07_2016_170   Z lekkim poślizgiem zachęcam do sięgnięcia po najnowszy, lipcowy numer magazynu muzycznego Muzyka21. To jeden z nielicznych w naszym kraju magazynów, które w bardzo przystępny sposób przybliżają tak zwaną muzykę poważną, ze szczególnym uwzględnieniem polskich kompozytorów i wykonawców.

   Skoro o polskich kompozytorach mowa, warto przeczytać rozmowę z muzykiem, który trafił na okładkę tego numeru. To Artur Cimirro, pianista I kompozytor z dalekiej Brazylii, którego jedną z pasji jest odkrywanie nieznanych szerszemu gronu słuchaczy kompozytorów. W ten sposób muzyk odkrył kompozycje Karola Tausiga, którego uważa za “jednego z największych kompozytorów – pianistów w historii, razem z Lisztem, Reubkem, Busonim i Godowskim.”  Z radością donosimy, że pianista nagrał płytę z dziełami na fortepian Karola Tausiga. Wydawcą krążka jest oczywiście firma Acte Préalable.

   Kolejny wywiad przeprowadzony został z coraz bardziej popularnym polskim barytonem Arturem Rucińskim. Artysta nie tylko pozwolił sobie na rozmowę tuż przed spektaklem operowym w Covent Garden, ale okazał się niezwykle rozmowny. Podzielił się wrażeniami z wystawianej właśnie opery “Lucja z Lammermoor”, ale też o przygotowaniach do ról czarnych charakterów i o przekazach emocjonalnych w bel canto. 

   Na tym nie koniec informacji o polskich muzykach, albowiem dostajemy artykuł o kolejnym polskim barytonie Adamie Szerszeniu, który od września 2015 roku stał się stałym solistą Opery Krakowskiej oraz obszerniejszy artykuł o drodze twórczej jednego z najbardziej znanych polskich współczesnych dyrygentów – Jacku Kasprzyku, którego słowa winny być wzięte pod uwagę przez wszystkich scenicznych tyranów: “ Nigdy nie marzyłem o tym, żeby kimś dowodzić, nad kimś panować, komuś coś narzucać. Stojąc przed orkiestrą trzeba mieć świadomość, że to jednak oni grają I  to przez ich talent, wyobraźnię i umiejętności dzieje się w muzyce to, co się dzieje”.

   W 57 już numerze cyklu “Legendy polskiej wokalistyki” pan Adam Czopek przybliża postać znakomitego polskiego basa Aleksandra Teligę, zaś w serii “Maestro Donizetti I jego opery” ten sam autor pisze o operze “Don Pasquale”.

   Sporą – jak zawsze – część magazynu zajmują relacje z koncertów. Tym razem można przeczytać o prapremierze Mszy 1050 Gabriela Kaczmarka w Poznaniu, o koncercie Gidona Kramera z Sinfonietta Cracovia w Krakowie,  o Festiwalu Sopockie Dni sztuki Wokalnej, o dwóch koncertach symfonicznych w Filharmonii Krakowskiej, kierowanej przez Charlesa Olivieri-Munroe, o Forum Witolda Lutosławskiego “Most” w Lublinie, koncercie Polskiego Narodowego Chóru Młodzieżowego w Filharmonii w Olsztynie, o planach na najnowszy sezon operowy w operze w Kopenhadze i  wreszcie o trzech operach: “Traviacie” w operze berlińskiej, “Salome” w operze kopenhaskiej i “Łucji z Lammermoor” w londyńskiej Covent Garden.

   A na zakończenie, jak zwykle, duża ilość recenzji płytowych!

Muzyka 21 – 07.2016

Polskie dusze narodowe – „Pasje Błędomierskie” J.Iwaszkiewicza

iwaszkiewicz-pasje_170   Kiedyś obiecałem sobie przeczytać jedną książkę Iwaszkiewicza w miesiącu. Niestety nie udaje mi się wywiązać z tej obietnicy. Ale i tak po prozę tego pisarza sięgam wyjątkowo często. W lipcu z wielką radością przeczytałem powieść “Pasje Błędomierskie”, książkę wydaną jeszcze przed wojną. Ja mam jej wydanie z serii “Dzieła Jarosława Iwaszkiewicza”, wydanej przez Czytelnika w 1976 roku. Lubię tę serię z racji jej eleganckich grubych okładek i kredowej obwoluty, lubię też dotyk wypukłego druku. Czyta się książki z tej serii nie tylko oczami, ale dotykiem. W przypadku prozy Iwaszkiewicza ma to dodatkowe znaczenie.

   Powieść “Pasje Błędomierskie” wydana została w 1938 roku i – jak zaznacza w przedmiowie z 1956 roku sam autor dzieła – nie mogła się podobać. Na odbiór powieści wpłynęło wiele elementów, przede wszystkim te związane z ówczesnym systemem społeczno – politycznym. A autor dość bezceremonialnie je opisał. Można tę powieść odczytać jako powieść o nieudanych miłościach, czy rozliczenia się z życiem, ale jest ona przede wszystkim znakomitym opisem stanu polskiego społeczeństwa tuż przed wojną. Według mnie, powieść jest raczej opisem, niż krytyką. Ale przez sam fakt, że unaocznia nasze wady, że pokazuje jacy byliśmy (i wciąż jesteśmy), musiała zaboleć. Przynajmniej tych, którzy potrafią się odnaleźć w przywołanych przez pisarza bohaterach. Nie jestem wielkim znawcą Iwaszkiewicza, ale nie odnajduję w jego prozie krytykanctwa (w dziennikach jest go sporo, ale to inny rodzaj pisarstwa). Pisarz opisywał sytuacje ze swego rodzaju spokojem, z pozornym dystansem i bez emocji. Ale w ten sposób działał zdecydowanie lepiej, mocniej, głębiej, niż gdyby robił to z pozycji krytykanta.

   I dlatego też “Pasje Błędomierskie” tak bardzo bolą, tak bardzo kolą. Musiały doskwierać kiedyś i – jak się okazuje – prawie równie skutecznie opisują dzisiejszą rzeczywistość. Bohaterów książki jest kilku. Najstarszy z nich – Tadeusz Zamoyłło jest pisarzem, znanym pisarzem, który przeczuwa, że jego czas ziemski się kończy, który uważa, że cała jego sława i majątek zdobyty pracą pisarską zniknie wkrótce po jego odejściu. Całe to pisanie nie było nic warte. W tej postaci można odnaleźć nawiązania do polskich pisarzy, jak Żeromski, czy Sienkiewicz, ale też Tołstoja, który – jak Zamoyłło – postanowił uciec od otaczającego, osaczającego go świata. Gdyby nie fakt, że książka wyszła w 1938 roku, można by w niej odnaleźć i samego Iwaszkiewicza.

   Drugim bohaterem jest młody literat, poeta, dziennikarz – Leopold (Lolek) Kanicki. Człowiek z jednej strony z młodzieńćzymi ideami, liczący na to, że czegoś w życiu dokona, dlatego nie tylko pisze, ale podejmuje się zorganozwania “Pasji Błędomierskich”, które mają nie tylko rozsławić Błędomierz, ale też przynieść zysk organizatorom przedstawienia. Z drugiej strony to przykład człowieka bez sumienia (z czasem się obudzi), bez duszy, wykorzystujący kobiety, nie liczący się z ludźmi, gotów w imię “wolności” pozbyć się własnego syna.   

   Poza wymienioną dwójką bohaterów dostajemy właściwie cały przekrój ówczesnego społeczeństwa z jego zaletami i jeszcze większą ilością wad. Jest zatem Róża, idealistka, pozytywiska, córka Zamoyłły, która porzuca zbytek i wyrusza na kresy nauczać dzieci (w pierwszej wersji książki Róża była jeszcze komunistką – Iwaszkiewicz zmuszony został do do dokonania kilku znaczących zmian w tekście). Jest kilku przedstawicieli bogatej szlachty i mieszczaństwa, najczęściej prostych i prostackich ludzi (np. dzieci Zamoyłły), wynoszących się ponad innych, interesujących się tylko “swoim nosem”. Są przedstawiciele “dulszczyzny” w postaci matki Kanickiego, dorobkiewicze (Krobowscy), masa wykorzystywanej bezlitoście biedoty, wreszcie chłopi z ich ludowym, chłopskim rozumem.

   Są ludzie dobrzy i ludzie, których największą pasją jest niszczenie (Otto). To nasze wspaniałe polskie niszczenie zawsze się dobrze trzymało. Jeśli tylko ktoś coś chce zrobić, trzeba mu dokopać, trzeba zrobić wszystko, żeby mu się nie udało. A w wymyślaniu ideologii, która ma przykryć owe destrukcyjne zapędy też jesteśmy całkiem dobrzy.

   Nie dziwię się wcale, że ta książka musiała poruszyć umysły i serca wielu jej czytelników. Musiała dopiec wielu osobnikom, którzy otrzymali na tacy opis swoich poczynań. Jaki zatem wymyślono sposób pozbycia się bólu? Poprawę swojego myślenia i zachowania? Oczywiście, że nie. Najlepiej było nie pisać o niej, pozwolić jej na zniknięcie w czeluściach bibliotek. I dalej robić swoje.

Jarosław Iwaszkiewicz – Pasje Błędomierskie, Czytelnik, 1976 

Popisowa rola I.Janžurovej – Morgiana

morgiana-plakat_170   „Morgiana” to popis jednej aktorki, jednej z najbardziej charakterystycznych twarzy czeskiego kina – Ivy Janžurovej. W naszym kraju znanej przede wszystkim z filmów o Arabeli i oczywiście serialu „Szpital na peryferiach”. O ile dobrze pamiętam to do granej przez nią pielęgniarki skierował słynne słowa doktor Strosmajer: „Gdyby głupota miała skrzydła, latałaby Pani jak gołębica”…

   W filmie „Morgiana”, który pojawił się w 1972 roku, czyli właściwie już po „Czechosłowackiej nowej fali”, pani Iva pokazuje pełnię swojego aktorskiego kunsztu. Zagrała bowiem dwie siostry. Dobrą, wrażliwą, okraszoną blond włosami Klarę oraz jej siostrę, a jednocześnie przeciwieństwo – Viktorię. Viktoria, której jedynym „przyjacielem”, jedynym stworzeniem, wobec którego objawia prawie ludzkie serce jest kot – tytułowa „Morgiana”, to przykład wcielonego zła, przykład złej strony ludzkiej natury.

   Ponieważ po śmierci ojca, Klara otrzymuje w spadku rodzinny majątek, Viktoria postanawia pozbyć się siostry, trując ją. Trucizna nie działa od razu, powoli opanowuje ciało Klary, która powoli traci kontakt z rzeczywistością. Jak w każdej (a przynajmniej w większości) bajek – przypowieści, wszystko kończy się dobrze. Dobro zwycięża, a zło ponosi sromotną klęskę. 

   „Morgiana” to bardzo plastyczny, ekspresjonistyczny, kolorowy film grozy, momentami wywołujący ciarki na plecach thriller, utrzymany w konwencji baśni, za to z bardzo realistycznymi osobowościami. Za podstawę scenariusza filmu posłużyła powieść Alexandra Grina. A Juraj Herz zrobił z niej prawdziwie artystyczne, poruszające dzieło filmowe. 

   Jak wspomniałem, film spoczywa na barkach pani Ivy Janžurovej. Zagrała całym ciałem, oddając charakter każdej z sióstr (zwiewność, delikatność Klary i ostrość w ruchach, zdecydowanie Viktorii), ale uwaga widza skupia się przede wszystkim na jej twarzy. Delikatny makijaż Klary i zdecydowany (gotycki…) Viktorii powodują, że aż trudno uwierzyć, że twarz należy do tej samej, jednej osoby. 

Morgiana, reż. Juraj Herz, Czechosłowacji, 1972 (05.05.2016, kino Iluzjon)

Akordeon i córki – nowy album Kimmo Pohjonena

pohjonen-sensitive_170Kimmo POHJONEN – Sensitive Skin (2015 Ondine Oy)

01. Cyclon
02. Lamina
03. Sulo
04. Anemone
05. Emissio
06. Atomi
07. Serenity
08. Ramsoo
09. Sensitive Skin

Skład:
Kimmo Pohjonen (akordeon, wokal)
Inka Pohjonen (wokal)
Saana Pohjonen (wokal)
oraz
Kronos Quartet, Sami Kuoppomäki, Timo Kämäräinen, Tuomas Norvio, Samuli Kosminen, Arto Järvelä, Paul Malmström, Jukka Eskola, James Spectrum, Tomi Leppänen, Ville Riippa, Ismo Alanko, Lauri Porra, Ilpo Laspas, Joona Ruusula

 

   Kimmo Pohjonena odkryła moja małżonka. Zaczęło się od filmu „Soundbreaker”, wyświetlanego w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Zarówno sam muzyk, jak i tworzona przez niego muzyka tak nas zaintrygowała, że postanowiliśmy nie tylko poszukać wydanych przez niego płyt, ale też posłuchać go na żywo. 

   Parę dni temu udało nam się zobaczyć i posłuchać Kimmo na koncercie w Gdańsku, ale też zaopatrzyć się w ostatni jego album, który stał się podstawą gdańskiego koncertu. I teraz ta płyta na okrągło kręci się w odtwarzaczu, zarówno w pracy, jak i w domu. I nie mam ochoty przestać jej słuchać. Za każdym razem odkrywam w niej coś nowego, za każdym razem porusza mnie do głębi, za każdym razem działa na emocje. Bo wielce klimatyczna, atmosferyczna to płyta. 

   Na jej klimat wpłynęła przygotowana przez nią specjalna muzyka, ale też fakt, że w jej nagraniu wzięły udział dwie, urocze córki Kimmo. Dlatego wyszła delikatniejsza, rodzinna, melancholijna wręcz płyta. Nawet jeśli pojawiają się na niej charakterystyczne dla Kimmo zadziorniejsze fragmenty, to tylko od czasu do czasu, tylko po to, żeby dodać trochę smaczku delikatniejszym, pięknym, jak zawsze niebanalnym, barwnym, plastycznym fragmentom. 

   Oczywiście nie zabrakło licznych zmian tempa, łączenia klasyki, folku i jazzu, nie zabrakło całej masy wszelakiego autoramentu ozdobników. Kimmo nie boi się nowoczesnej techniki, dlatego w swojej muzyce wykorzystuje różne elektroniczne zabawki, które powodują zmiany brzmienia zarówno samego akordeonu, ale też innych instrumentów, kompozycje wspierane są również poprzez użycie sampli. Podstawę instrumentarium stanowią jednak „normalne” instrumenty. Cudny akordeon Kimmo, gitara (na koncercie obsługiwana przez Inkę Pohjonen) i perkusja (na koncercie niesamowite łamańce wygrywała na niej Saana). Rodzinę Pohjonen wsparli ponownie muzycy Kronos Quartet oraz inni zaproszeni muzycy.

   Na krążku umieszczonych zostało dziewięć kompozycji, różnych w klimacie, różnych w tempie i nastroju, ale tworzących przepiękną, zwartą całość, której słucha się znakomicie w domowych pieleszach, jak i na żywo na koncercie. Album zaczyna się niezwykle ostrym, energetycznym utworem „Cyclon”. Oko cyklonu wyrywa słuchacza z rzeczywistości, przenosząc do magicznego świata Kimmo. Po zaliczeniu rytuału przejścia lądujemy w owym nowym, tajemniczym, nieznanym świecie, w którym wszystko wydaje się żyć w zwolnionym tempie, opanowuje nas atmosfera spokoju, wyciszenia, przerywanego momentami radosnymi, czerpiącymi wręcz z latynoskiego wzorca fragmentami muzyki (Lamina). Trzeci utwór „Sulo” to kawałek niezwykle melodyjny, mnie kojarzący się z muzyką Jean-Michela Jarre’a. Po nim zmiana klimatu, „Anemone” to utwór bardziej folkowy, okraszony – jak zawsze – intrygującymi partiami smyczków w wykonaniu Kronos Quartet, jak i wokalizami Kimmo z córkami. Po nim dostajemy awangardowy „Emissio” i kojarzący się ze słynnymi… spaghetti westernami „Atomi”. A potem już tylko trzy przepiękne, delikatne (aczkolwiek nie mdłe!) utwory. Najpierw „Serenity” – najbardziej wzruszający, przywodzący na myśl puls dziecka słyszany jeszcze przed narodzinami. Po nim „Ramsoo”, w którym z kolei muzyka brzmi, jak by była puszczana z pozytywki, i mnie nieodparcie kojarzy się z wczesnym okresem dzieciństwa. I wreszcie kończący płytę utwór tytułowy „Sensitive Skin”, niesamowity, na początku minimalistyczny, wręcz ambientowy, później lekko kojarzący się z filmowymi produkcjami… Ennio Morricone. 

   Z tego krótkiego opisu, który jest oczywiście zapisem moich spostrzeżeń, moich skojarzeń i wynika mojej wrażliwości, widać, że płyta to wyjątkowa, z niezwykle emocjonalną muzyką, z przebogatą aranżacją, ale utrzymaną w mocnych ryzach stylu Kimmo. To płyta niezwykle melancholijna, gdy się jej słucha, nie da się oddzielić muzyki od świadomości, z kim została nagrana. To – w moim odczuciu – rodzaj podziękowania Kimmo dla swoich dorosłych już córek, za to, że się pojawiły na świecie, że można było śledzić ich wzrastanie i dorastanie, a ostatecznie zaprosić do rodzinnej współpracy. Dzięki czemu przecudny akordeon Kimmo został jeszcze o dwa piękne, uzupełniające się wokalizy Inki i Saany Pohjonen. 

Star Wars Day w Klubie Komediowym

star_wars-foto_170   Kiedy na początku stycznia trafiłem do Klubu Komediowego, mieszczącego się przy ulicy Nowowiejskiej w Warszawie byłem pewien, że będę tam stałym gościem. Zresztą nie tylko w tym teatrze, ale w innych również. Nadzieja, jak wiadomo, jest matką określonej grupy ludzi. Nie udało się. Masa prac wszelakich nie pozwoliła na odwiedzanie teatrów. Do ponownego naszego, rodzinnego zjawienia się w Klubie Komediowym doszło dopiero w maju. Za to dzień to był szczególny – międzygalaktyczne międzynarodowe, międzyplanetarne święto Gwiezdnych Wojen. A ponieważ my sami wychowaliśmy się na Gwiezdnych Wojnach, a i nasi panowie też są fanami tej międzygalaktycznej sagi, postanowiliśmy spróbować, jak z potęgą Star Wars poradzą sobie „komedianci” z Klubu Komediowego. Bo nie był to „normalny” spektakl, a bardzo popularny od wielu już lat, tak zwany teatr improwizowany. 

   Piątka młodych, wyluzowanych ludzi przez spory czas bawiła zgromadzoną publiczność wymyślanymi ad hoc scenkami, dotyczącymi określonych fragmentów (postaci, zdarzeń), zaczerpniętych z filmu. Tematy pomysłów podrzucała publiczność, którą zresztą bardzo skutecznie aktorzy wciągali do wspólnej zabawy. Między innymi, można było opowiedzieć o swoich „przygodach z Gwiezdnymi Wojnami”. Ale też naśladowaliśmy np. walkę świetlnym mieczem.

   Nie da się opisać tego, co się działo, bo tak, jak szybko teksty wypływały z ust aktorów, tak szybko znikały w klubowej przestrzeni. Bo było ich za dużo. I słów, i gestów, i min i wszelakiego szaleństwa na scenie było bardzo, bardzo dużo. Oczywiście niewybrednych gestów i słów, w tym najbardziej chwytliwych, czyli erotycznych (pod)tekstów też trochę poleciało, ale w takich przypadkach jest to jak najbardziej akceptowalne. Na szczęście aktorzy starali się nie przegiąć, nie przekroczyć granicy, której przekraczać nie wolno. Bez względu na jakość tekstów, podziwiam umiejętność ich szybkiego tworzenia, tak szybkiego wymyślania scen, ale też aktorskich zdolności wcielania się w różne role. 

   Śmiechu było dużo, był luz, była zabawa. I to bez alkoholu! Zachęcam gorąco do odwiedzania Klubu Komediowego nie tylko w takie międzyplanetarne święta, ale codziennie. Mam nadzieję, że mnie też się uda tam wkrótce trafić. No i oczywiście: May the 4th be with you.

 

Star Wars Day – Klub Komediowy, Warszawa, 04.05.2016